Chata z bali, czyli wielki powrót Kierienskiego

Тунгусский край
Awatar użytkownika
Aleksandr Fiodorowicz Kierienski Stempel
Posty: 163
Rejestracja: 13 sie 2023, 0:22

Chata z bali, czyli wielki powrót Kierienskiego

Post autor: Aleksandr Fiodorowicz Kierienski »

Gdy w stolicy Carstwa Rusowii barykady z worków z kaszą gryczaną i transparenty „Car na Suchalin!” zasłoniły Kreml, Aleksander Fiodorowicz Kiereński, oficer rusowskich wojsk imperialnych i Wielki Hetman Kozaków Tunguskich (w randze TikToka), spakował walizkę z carskimi orderami, jedną butelką koniaku "Biały orzeł" i powerbankiem, kosztowności , pieniądze i złoto kazał załadować do skrzyń w UAZie.
„Dość tego rewolucyjnego cyrku” – mruknął, wsiadając do starego UAZ-a z napisem „Służba Specjalna Jego Cesarskiej Mości”. Kierowca, sierżant Borys Boczkariow, tylko westchnął i ruszył na wschód. Za oknem migały strajkujące babuszki z transparentami i drogowskazy na Czytę.
Po kilku dniach jazdy dotarli do tajgi, gdzie Wi-Fi znikało szybciej niż szacunek stołecznych rewolucjonistów do władzy, Po trzech dniach, Kierienski dotarł do maleńkiej osady nad rzeką. Chatę z bali zbudował mu miejscowy szaman o imieniu Dżergiej, który wyglądał jakby zszedł z kart Ossendowskiego – tylko zamiast futrzanej czapki miał czapkę z daszkiem „Adidas 2007”.
W leśnej głuszy Kierienski szybko odnalazł swoje powołanie. Rano polował na sobole (czyli strzelał do puszek po piwie z kałasznikowa, bo „duch carski wymaga ofiary”). Po południu przyjmował delegacje Ewenków XXI wieku – chłopaków w kamelowych kurtkach i z telefonami Xiaomi, którzy opowiadali mu o Melunie i Czuczunie.
„Melun to taki wielki, włochaty gość, co chodzi po nocy i kradnie kiełbasę z wędzarni” – tłumaczył Dżergiej, paląc fajkę z suszonych liści i śmiejąc się niemożebnie.
„A Czuczun?” – pytał Kiereński, notując w kajecie oprawionym w skórę renifera.
„Czuczun gorszy. On kradnie nie tylko kiełbasę, ale i godność. Podobny do antycarskiej opozycji z Roskwy, tylko bardziej owłosiony.”
Wieczorami przy ognisku, Aleksandr Fiodorowicz opowiadał tubylcom o wielkiej rewolucji w Roskwie, a oni kiwali głowami i mówili: „U nas taka rewolucja co roku, jak dostawa wódki się spóźni”. Czasem w oddali rozlegał się ryk. Czy to niedźwiedź, czy Czuczun, czy może Kierienski znowu próbował śpiewać „Boże, cara chrani” po kilku szklankach?
I tak oto dawny faktyczny władca burzliwej carskiej stolicy żyje teraz w spokoju, polując, medytując i czekając, aż stolica sama do niego przyjdzie – z przeprosinami i nowymi orderami. Bo jak mawiał Ossendowski: Na Syberii nawet klęska smakuje jak wielka przygoda. Tylko komary większe.
Awatar użytkownika
Aleksandr Fiodorowicz Kierienski Stempel
Posty: 163
Rejestracja: 13 sie 2023, 0:22

Re: Chata z bali, czyli wielki powrót Kierienskiego

Post autor: Aleksandr Fiodorowicz Kierienski »

Polowanie

Nad leniwie płynącą rzeką, której wody zdawały się szeptać pradawnymi zaklęciami Ewenków, stała chata z grubych bali, poczerniała od dymu i czasu. Wokół niej rozpościerał się Kraj Tunguski – serce owej dziwnej krainy, gdzie carska korona współistniała z Wi-Fi, a dusza prawosławna tańczyła z duchem dawnych wierzeń, rusowski monarchizm z socjalizmem w jednym, lekko pijanym korowodzie.
Był to dzień, w którym Aleksander Fiodorowicz Kierienski, oficer wojsk rusowskich i samozwańczy Wielki Hetman Wojsk Kozaków Tunguskich, postanowił zmierzyć się z legendą. Melun i Czuczun – owe stwory z opowieści starych Ewenków, większe od człowieka, porośnięte rudawym lub ciemnym włosem, o oczach jak węgle z paleniska szamana – znów miały wyjść z głębi lasu. Mówiono, że porywają renifery i kradną kiełbasę i wódkę z bimbrowni. Hetman, mężczyzna o postawie, którą sam określał jako „godną Suworowa, a nawet napoleońską, w wydaniu syberyjskim”, założył na ramiona stary kożuch, przypiął szablę, a do pasa przypiął… powerbank.
Obok niego stał szaman Dżergej. Na głowie nosił czapkę z daszkiem, na której wyblakły już nieco napis „Adidas 2007” świecił dumnie niczym order św. Jerzego. Szaman mamrotał zaklęcia, jednocześnie sprawdzając na smartfonie Xiaomi prognozę pogody. „Duchy tajgi dziś aktywne – mówił poważnie – ale zasięg słaby, Wielki Hetmanie. Musimy iść bliżej rzeki.”
Za nimi dreptało kilku młodych Ewenków. Wyglądali jak z reklamy chińskiego czy innego nandyjskiego marketu przeniesionej do muzeum etnograficznego: czapki z daszkiem (niekoniecznie Adidas, ale zawsze z trzema paskami), T-shirty z napisami „Я ♥ Тайга”, spodnie dresowe i wierne adidasy, które chlupotały w błocie. Każdy trzymał w dłoni Xiaomi, nagrywając stories na TikToka. „Będzie viral, brat – szeptał jeden do drugiego – Melun i Czuczun w 4K.”
Ruszyli w las.
Powietrze było ciężkie od zapachu żywicy i wilgotnego mchu. Drzewa pochylały się nad nimi jak starzy bogowie, gotowi za wtargnięcie osądzić śmiałków. Kierienski szedł na czele, wymachując szablą i recytując na głos fragmenty Biblii, choć co chwilę przerywał, by zakląć, gdy gałąź smagnęła go po twarzy.
– Melun! Czuczun! – wołał hetman gromko. – Wyjdźcie, tchórze kudłate! W imieniu Carstwa Rusowii i Najjaśniejszego Imperatora!
Dżergej kręcił nad głową bębenkiem szamańskim, na którym ktoś kiedyś nakleił naklejkę „VKontakte”. Nagle zatrzymał się i uniósł dłoń.
– Ciii… Słyszycie? To ich krok. Ciężki. Jak mojego kuzyna po weselu!
Młodzi Ewenkowie natychmiast wycelowali smartfony. Jeden z nich włączył latarkę LED i szeptał do kamery: „Yo, tu Tunguskie Vlogi, dzisiaj polujemy na yeti… albo na dużego niedźwiedzia, jeszcze nie wiemy.”
I wtedy się pojawiły.
Zza gęstych świerków wyłoniły się dwie postacie – ogromne, zwaliste, porośnięte sierścią, w której zaplątały się gałązki i kawałki porostów. Melun i Czuczun. Ich oczy błyszczały w półmroku, a z pysków wydobywał się niski pomruk, brzmiący podejrzanie podobnie do „Nu i s***, znowu ci ludzie!”.
Kierienski uniósł szablę.
– Za Rusowię! Za Kozaków Tunguskich! I za… za dobry zasięg!
Dżergej rzucił w stronę stworów garść suszonych ziół zmieszanych z… chipsami o smaku kebab. Efekt był natychmiastowy. Melun kichnął potężnie, a Czuczun złapał się za brzuch, jakby przypomniał sobie stare czasy, gdy ludzie jeszcze nie mieli Xiaomi.
Młodzi Ewenkowie zaczęli wrzeszczeć z radości, nagrywając wszystko. Jeden z nich, najodważniejszy, podbiegł bliżej i wyciągnął rękę z paczką orzeszków.
– Bracie Melun, selfie?
Wielki Hetman, widząc, że sytuacja wymyka się spod kontroli klasycznego polowania, schował szablę i wyciągnął z plecaka butelkę starego, dobrego tunguskiego samogonu.
– No dobra… – mruknął. – Może jednak negocjacje dyplomatyczne.
I tak oto w sercu tunguskiej tajgi, pod dachem wiekowych drzew, doszło do historycznego spotkania: hetman, szaman w czapce Adidas 2007, młodzi Ewenkowie w adidaskach i dwie kudłate legendy tajgi. Pili, nagrywali TikToki i opowiadali sobie historie – jedni o dawnych bogach, drudzy o tym, jak kiedyś złapali internet 5G w samym środku bagna.
A rzeka płynęła dalej, cicha i obojętna, jakby widziała już nie takie dziwy 🐻📱
Załączniki
image-10.jpg
image-10.jpg (388.22 KiB) Przejrzano 51 razy
Awatar użytkownika
Aleksandr Fiodorowicz Kierienski Stempel
Posty: 163
Rejestracja: 13 sie 2023, 0:22

Re: Chata z bali, czyli wielki powrót Kierienskiego

Post autor: Aleksandr Fiodorowicz Kierienski »

Budowa Wielkiego Tunguskiego Szlaku Żelaznego

Nad brzegiem tej samej leniwiej rzeki, gdzie kiedyś polowano na Meluna i Czuczuna, stała teraz polana zamieniona w prowizoryczny „sztab budowy”. Na stole z grubych bali leżały rozłożone plany – wydrukowane na ksero w najbliższym rejonowym urzędzie i poplamione już tunguskim samogonem. Aleksander Fiodorowicz Kierienski, Wielki Hetman Wojsk Kozaków Tunguskich, stał w pełnym mundurze, z szablą i powerbankiem na piersi, niczym generał na paradzie.
Obok niego siedział szaman Dżergej w swojej kultowej czapce „Adidas 2007”, a wokół kucali Ewenkowie – jedni w dresach, drudzy w kamizelkach z napisem „Росжелдор” nabitym na zamówienie w chińskim sklepie.
– Towarzysze i szanowni duszobratcy! – zaczął Kierienski gromko, uderzając szablą w stół. – Carstwo Rusowii potrzebuje kolei! Wielkiego Tunguskiego Szlaku Żelaznego! Od Czyty aż po samo serce tajgi! Pociągi będą jeździć na parze, na prąd i na… no, jak tam będzie trzeba. Będą wagony restauracyjne z kiełbasą i wódką!
Młody Ewenk o imieniu Kandakan podniósł rękę, nie odrywając wzroku od Xiaomi.
– A Wi-Fi będzie, Hetmanie?
– Będzie! Na każdej stacji repeater! – zapewnił Kierienski. – Nawet w tunelach damy. Szaman Dżergej już dogadał się z duchami, prawda Dżergej?
Szaman pokiwał głową, jednocześnie scrollując TikToka.
– Duchy mówią „tak”, ale chcą procentu od biletów. I żeby pociągi nie jechały w dni, kiedy Melun ma kaca.
W tym momencie z lasu rozległ się potężny trzask. Spomiędzy drzew wyszły dwie ogromne, kudłate postacie. Melun i Czuczun. Melun miał na głowie coś w rodzaju korony z gałęzi i puszek po piwie, a Czuczun niósł pod pachą ukradzioną kiedyś drona.
– Oho – mruknął Melun basem, który brzmiał jakby niedźwiedź przeżuwał kamienie. – Znowu chcecie nam rury kłaść po tajdze.
Kierienski rozłożył ręce w geście wielkiej przyjaźni.
– Bracia Melun i Czuczun! Najszlachetniejsze kryptydy Tajgi! Właśnie was chciałem widzieć! Wy będziecie maskotkami linii kolejowej! Pomyślcie – „Pociąg Meluna”! „Ekspres Czuczuna”! Na biletach wasze mordy! Ludzie będą płacić ekstra, żeby wam pomachać!
Czuczun podrapał się po brzuchu, aż posypały się igły świerkowe.
– A co z reniferami? – zaburczał. – Jak pociąg przejedzie, to renifery się rozbiegną. A my wtedy co będziemy jeść? Kiełbasę z marketu? Fuj.
– Renifery dostaną specjalne trasy nadziemne! – zadeklarował Kierienski. – I karmniki przy torach. Z koncentratem i suszonymi jagodami. Na koszt Carstwa!
Jeden z Ewenków parsknął śmiechem.
– Hetmanie, a jak Melun wejdzie na tory i pociąg mu się zaklinuje w futrze?
Melun prychnął oburzony.
– Ja się nie zaklinuję! Ja jestem elastyczny! Raz się zaklinowałem tylko w drzwiach do bimbrowni…
Dżergej podniósł bębenek i uderzył w niego rytmicznie.
– Duchy tajgi żądają, żeby na każdej stacji był szamański wagon. Z bębnami, kadzidłami i ładowarkami USB.
– Zgoda! – krzyknął Kierienski. – I wagon restauracyjny „U Czuczuna” – tylko dania z renifera i samogon przynajmniej sześćdziesięcioprocentowy!
Czuczun wyraźnie się rozpromienił. Oczy mu się zaświeciły.
– A wagon sypialny? Z dużymi legowiskami? Bo my lubimy spać na długości.
– Będzie! – Hetman walnął szablą, wbijając ją przy tym w ziemię. – Ekstra długie kojki! Z materacami ortopedycznymi, żeby wam kręgosłup nie trzeszczał po stu latach łażenia po tajdze!
Witiu podniósł telefon.
– To ja już nagrywam. „Budowa kolei z Melunem i Czuczunem – odcinek 1”. Bracie Melun, powiedz coś do kamery.
Melun poprawił gałązki na głowie i spojrzał prosto w obiektyw.
– Szanowni pasażerowie… nie rzucajcie śmieci z okna. Bo jak złapiemy – to zjemy. Razem z ręką!
Wszyscy ryknęli śmiechem. Nawet Kierienski otarł łzę wzruszenia.
– No i właśnie tak, panowie! – powiedział, wznosząc butelkę samogonu. – Kolej rusowsko-tunguska! Połączy carską koronę z duchem tajgi, szyny z Wi-Fi, a Meluna z Czuczunem z kasą biletową!
Czuczun stuknął się butelką z hetmanem, aż zadudniło.
– Tylko pamiętaj, Aleksandrze Fiodorowiczu… jak pociąg będzie za głośny, to my go zatrzymamy. Rękami.
– A my wtedy damy wam wagon-kino – odparł Kierienski. – Z filmami o King Kongu. Będziecie się wzruszać.
I tak w sercu tunguskiej tajgi, przy akompaniamencie bębenka szamańskiego i dźwięków nagrywanego TikToka, podpisano nieformalny pakt o budowie Wielkiego Tunguskiego Szlaku Żelaznego.
Rzeka płynęła dalej, jakby chciała powiedzieć: „Znowu te małpy coś wymyśliły”.
Załączniki
image-13.jpg
image-13.jpg (313.79 KiB) Przejrzano 40 razy
Awatar użytkownika
Aleksandr Fiodorowicz Kierienski Stempel
Posty: 163
Rejestracja: 13 sie 2023, 0:22

Re: Chata z bali, czyli wielki powrót Kierienskiego

Post autor: Aleksandr Fiodorowicz Kierienski »

Przybycie gońca carskiego

Poranek w sercu tajgi tunguskiej był taki, jak tysiące innych, a jednak inny – ciężki od ciszy, która nagle zaczęła pękać. Słońce, blade jeszcze i niskie, sączyło się złotawym światłem przez nisko wiszące deszczowe chmury oraz gęste korony modrzewi i ciemnozielone świerki, malując na mchu i paprociach długie, drżące cienie. Powietrze było rześkie, przesycone zapachem żywicy, mokrej ziemi i dymu z komina chaty. Gdzieś w oddali leniwie szemrała rzeka, a w koronach drzew sporadycznie odzywały się sójki i kruki, jakby same czuły, że coś się zmienia.
Aleksander Fiodorowicz Kierienski, oficer Imperialnych Wojsk Rusowskich i samozwańczy Wielki Hetman Kozaków Tunguskich, stał przed swoją solidną chatą z grubych bali, którą postawił dla niego w głuszy tajgi zaprzyjaźniony Dżergej, szaman Ewenków przed laty. Wysoki, barczysty, z czarną brodą i oczami koloru zielonego, rąbał drwa spokojnym, miarowym ruchem. Każde uderzenie siekiery było precyzyjne, wyważone – tak jak całe jego życie tutaj, na uboczu świata. Mundur polowy, choć stary, był czysty i starannie pocerowany. W tej głuszy nie potrzebował niczego więcej: tajga dawała mu wszystko – ciszę, hart i poczucie, że wciąż służy, choćby tylko samemu sobie i Bogu.
Nagle coś zakłóciło odwieczny rytm lasu. Najpierw odległy tętent kopyt, stłumiony przez mech i igliwie, potem coraz wyraźniejszy. Kierienski znieruchomiał z siekierą w dłoni, uniósł głowę i zmrużył oczy. Na wąskiej, ledwo widocznej leśnej drodze, wijącej się między drzewami jak srebrna żyłka, pojawił się jeździec.
Koń był potężny, był to czarny wałach o szerokiej piersi i gęstej grzywie, spieniony i zmęczony długą, trudną podróżą przez bagna i knieje. Jeździec, młody sotnik gwardii carskiej, miał na sobie granatowo-złoty mundur z carskimi orłami na ramionach i piersi. Płaszcz z zielonego sukna był miejscami ubłocony, ale insygnia lśniły dumnie. Zsiadł z siodła jednym płynnym ruchem, otrzepał się i podszedł bliżej, przyklękając na jedno kolano przed Kierienskim.
– Aleksandrze Fiodorowiczu Kierienski – głos sotnika był donośny, lecz pełen głębokiego szacunku, jakby recytował święty tekst. – Z rozkazu Jego Imperatorskiej Mości Cara Tomasza I, Samodzierżcy Tajgi i Opiekuna Ludów Północy, przybywam jako goniec najwyższej woli.
Z sakwy przy siodle wyjął ozdobną tubę z ciemnej skóry, ozdobioną tłoczonym złotym dwugłowym orłem. Wręczył ją obiema rękami, pochylając głowę. Kierienski odłożył siekierę, otarł dłonie o spodnie i wziął tubę. Pieczęć z czerwonego wosku pękła pod jego palcami z cichym trzaskiem.
Rozwinął pergamin. Litery, napisane eleganckim, carskim pismem, tańczyły w promieniach słońca. Czytał powoli, niemal szeptem, jakby chciał, by tajga też usłyszała każde słowo. Twarz pozostawała spokojna, niemal kamienna – tylko lekki skurcz w kąciku ust i błysk w oku zdradzały, że coś w jego duszy drgnęło. Po długim czasie samotności i służby w cieniu, wielki świat wzywał go z powrotem – nie na pole bitwy, lecz do budowy przyszłości Carstwa w Guberni Bałtajskiej.
Goniec wstał i dodał cicho, niemal konfidencjonalnie:
– Car kazał przekazać osobiście: „Tylko człowiek, który zna tajgę jak własną duszę, który przez długi czas żył w ciszy i hartował charakter z dala od zgiełku świata, może wznieść w Bałtaju prawdziwą rusowską kosmiczną twierdzę XXI wieku dla Carstwa Rusowii w ramach ZwiezdoRusu, rusowskiej agencji kosmicznej, eksplorującej ostatnią granicę dla ludzkości. Gornobałtajsk i cała gubernia czekają na Ciebie, Aleksandrze Fiodorowiczu! To nie jest rozkaz – to powołanie.”
Kierienski złożył dokument z szacunkiem, przeżegnał się szerokim prawosławnym znakiem krzyża przed ikoną wiszącą przy drzwiach chaty i skinął głową.
– Przekaż Jego Imperatorskiej Mości moją najgłębszą wierność i wdzięczność. Wkrótce wyruszam do Gornobałtajska. Świat mnie wzywa – odpowiem na wezwanie.
Tego wieczoru chata wypełniła się ciepłem i zapachem. Sotnika ugoszczono jak należy: gorącym, gęstym barszczem z jeleniną, świeżym chlebem prosto z pieca, solonymi grzybami i kilkoma kielichami domowego samogonu z jagód tajgi i cedrowych orzeszków. Przy trzaskającym ogniu w wielkim piecu goniec opowiadał nowiny z carskiej stolicy – o spokojnym rozwoju Carstwa, o nowych projektach, o wizji Tomasza I, który chciał połączyć dawną rusowską dumę z nowoczesną potęgą technologiczną. Kierienski słuchał w milczeniu, patrząc w płomienie, a w jego głowie już rodziły się obrazy: wyrzutnie rakiet wznoszące się nad tajgą, Gwiezdne Miasteczko wśród drzew, przyszłość, którą miał zbudować.
Gdy sotnik odjechał następnego ranka, tajga zdawała się szeptać za nim – jakby sama aprobowała decyzję.
Załączniki
image-22.jpg
image-22.jpg (329.14 KiB) Przejrzano 28 razy
ODPOWIEDZ

Wróć do „Kraj Tunguski”