Chata z bali, czyli wielki powrót Kierienskiego
: 15 cze 2026, 22:33
Gdy w stolicy Carstwa Rusowii barykady z worków z kaszą gryczaną i transparenty „Car na Suchalin!” zasłoniły Kreml, Aleksander Fiodorowicz Kiereński, oficer rusowskich wojsk imperialnych i Wielki Hetman Kozaków Tunguskich (w randze TikToka), spakował walizkę z carskimi orderami, jedną butelką koniaku "Biały orzeł" i powerbankiem, kosztowności , pieniądze i złoto kazał załadować do skrzyń w UAZie.
„Dość tego rewolucyjnego cyrku” – mruknął, wsiadając do starego UAZ-a z napisem „Służba Specjalna Jego Cesarskiej Mości”. Kierowca, sierżant Borys Boczkariow, tylko westchnął i ruszył na wschód. Za oknem migały strajkujące babuszki z transparentami i drogowskazy na Czytę.
Po kilku dniach jazdy dotarli do tajgi, gdzie Wi-Fi znikało szybciej niż szacunek stołecznych rewolucjonistów do władzy, Po trzech dniach, Kierienski dotarł do maleńkiej osady nad rzeką. Chatę z bali zbudował mu miejscowy szaman o imieniu Dżergiej, który wyglądał jakby zszedł z kart Ossendowskiego – tylko zamiast futrzanej czapki miał czapkę z daszkiem „Adidas 2007”.
W leśnej głuszy Kierienski szybko odnalazł swoje powołanie. Rano polował na sobole (czyli strzelał do puszek po piwie z kałasznikowa, bo „duch carski wymaga ofiary”). Po południu przyjmował delegacje Ewenków XXI wieku – chłopaków w kamelowych kurtkach i z telefonami Xiaomi, którzy opowiadali mu o Melunie i Czuczunie.
„Melun to taki wielki, włochaty gość, co chodzi po nocy i kradnie kiełbasę z wędzarni” – tłumaczył Dżergiej, paląc fajkę z suszonych liści i śmiejąc się niemożebnie.
„A Czuczun?” – pytał Kiereński, notując w kajecie oprawionym w skórę renifera.
„Czuczun gorszy. On kradnie nie tylko kiełbasę, ale i godność. Podobny do antycarskiej opozycji z Roskwy, tylko bardziej owłosiony.”
Wieczorami przy ognisku, Aleksandr Fiodorowicz opowiadał tubylcom o wielkiej rewolucji w Roskwie, a oni kiwali głowami i mówili: „U nas taka rewolucja co roku, jak dostawa wódki się spóźni”. Czasem w oddali rozlegał się ryk. Czy to niedźwiedź, czy Czuczun, czy może Kierienski znowu próbował śpiewać „Boże, cara chrani” po kilku szklankach?
I tak oto dawny faktyczny władca burzliwej carskiej stolicy żyje teraz w spokoju, polując, medytując i czekając, aż stolica sama do niego przyjdzie – z przeprosinami i nowymi orderami. Bo jak mawiał Ossendowski: Na Syberii nawet klęska smakuje jak wielka przygoda. Tylko komary większe.
„Dość tego rewolucyjnego cyrku” – mruknął, wsiadając do starego UAZ-a z napisem „Służba Specjalna Jego Cesarskiej Mości”. Kierowca, sierżant Borys Boczkariow, tylko westchnął i ruszył na wschód. Za oknem migały strajkujące babuszki z transparentami i drogowskazy na Czytę.
Po kilku dniach jazdy dotarli do tajgi, gdzie Wi-Fi znikało szybciej niż szacunek stołecznych rewolucjonistów do władzy, Po trzech dniach, Kierienski dotarł do maleńkiej osady nad rzeką. Chatę z bali zbudował mu miejscowy szaman o imieniu Dżergiej, który wyglądał jakby zszedł z kart Ossendowskiego – tylko zamiast futrzanej czapki miał czapkę z daszkiem „Adidas 2007”.
W leśnej głuszy Kierienski szybko odnalazł swoje powołanie. Rano polował na sobole (czyli strzelał do puszek po piwie z kałasznikowa, bo „duch carski wymaga ofiary”). Po południu przyjmował delegacje Ewenków XXI wieku – chłopaków w kamelowych kurtkach i z telefonami Xiaomi, którzy opowiadali mu o Melunie i Czuczunie.
„Melun to taki wielki, włochaty gość, co chodzi po nocy i kradnie kiełbasę z wędzarni” – tłumaczył Dżergiej, paląc fajkę z suszonych liści i śmiejąc się niemożebnie.
„A Czuczun?” – pytał Kiereński, notując w kajecie oprawionym w skórę renifera.
„Czuczun gorszy. On kradnie nie tylko kiełbasę, ale i godność. Podobny do antycarskiej opozycji z Roskwy, tylko bardziej owłosiony.”
Wieczorami przy ognisku, Aleksandr Fiodorowicz opowiadał tubylcom o wielkiej rewolucji w Roskwie, a oni kiwali głowami i mówili: „U nas taka rewolucja co roku, jak dostawa wódki się spóźni”. Czasem w oddali rozlegał się ryk. Czy to niedźwiedź, czy Czuczun, czy może Kierienski znowu próbował śpiewać „Boże, cara chrani” po kilku szklankach?
I tak oto dawny faktyczny władca burzliwej carskiej stolicy żyje teraz w spokoju, polując, medytując i czekając, aż stolica sama do niego przyjdzie – z przeprosinami i nowymi orderami. Bo jak mawiał Ossendowski: Na Syberii nawet klęska smakuje jak wielka przygoda. Tylko komary większe.